Miałem dzisiaj nadrabiać zaległości piśmiennicze, wynikłe z tego, że kiepsko mi się pisało i z powodu gry Trine (do kupienia razem z innymi ciekawymi grami za "ile chcesz" ze stony http://www.humblebundle.com/) (i, wbrew nazwie, fabuła nie opowiada o przygodach Jezusa, Ducha Świętego i Boga Ojca, co jest pewnie jej głównym minusem) (i powoli się odpala, to drugi minus, poza tym jest naprawdę super). ... więc... miałem nadrobić zaległości ale pomidory mi się zepsuły i około godziny zajęło mi przerobienie ich na sałatkę. Oby była smaczna. Howgh.
Przepis na sałatkę (1 porcja):
1 średniej wielkości pomidor
pół średniej wielkości cebulu
pół szczypty soli
szczypta pieprzu
Pokroić pomidora na plasterki a cebulę w kostkę (ale nie za małą). Dodać przyprawy. Pomieszać. Odstawić na jakiś czas (do lodówki, jeśli mamy zamiar zjeść ją sporo później, ale jeśli np. za godzinę to lepiej po prostu ją położyć na stole). Po określonym czasie sałatkę znów wymieszać, po czym zjeść.
sobota, 16 kwietnia 2011
środa, 30 marca 2011
Bill - co?
Mam ochotę omówić swoją notkę. O co mi chodzi. Zawsze lubiłem, gdy autor omawiał o czym w ogóle pisał, gdyż wiadomo, że przekaz potrafi zagubić się w formie. Jednak to nie teraz. Może mi przejdzie.
wtorek, 29 marca 2011
Kurt Vonnegut "Recydywista"
Skoro tyle lat narzekam na brak możliwości opisania swoich wrażeń z książek...
Lem jest dumnym nihilistą. Vonnegut jest złamanym nihilistą. Gdy Vonnegut pisze, że sens ma tylko to, co sami sobie wybierzemy, opisuje tym głównie fakt, że wg. niego nic nie ma sensu, a fajnie by było, gdyby chociaż to.Brak wiary w sens, zupełny absurd życia w ogóle to główny motyw jego książek. Z powodu swojej niewiary, swojego złamania jest dużo bardziej wiarygodny w swoim pisarstwie niż Lem. Są osoby, które chcą być dumne z tego, że są nihilistami, że "odkryły prawdę", które czują "misję". W każdej grupie się tacy zdarzają. Jednak u nihilistów jest ich, relatywnie mało. Hasła "wszystko nie ma sensu a życie jest chorobą wszechświata" źle wygląda na sztandarach. Nie motywuje tłumów do marszów i protestów, no bo po co. Jednak siła intymnego wyznania "wierzę, że nic nie ma, szukałem, i nie znalazłem, pukałem i nie otworzono mi" jest ogromna. Powiem więcej - w ramach założeń "cierpienie jest złem" to Vonnegut ma rację. Bo w ramach niego - świat jest zły i tylko zły. Nie ma ucieczki przed cierpieniem - tylko w inne cierpienie. Gdy wytnie się uczucia - zostaje po nich pustka, którą zastępuje ból. Gdy wytnie się ten ból - po nim również zostaje pusta. Ucieczka przed bólem kończy się jakąś formę okaleczenia. Niektórzy zakładają, że śmierć może być taką "skuteczną" ucieczką - jednak robią to wbrew swojej intuicji. Wszystko, co jest tutaj na Ziemi, co przeżywa nihilista wskazuje na to, że śmierć nie będzie skuteczną ucieczką. Jeśli wierzy w śmierć - to tylko dlatego, że nic innego mu już nie pozostało, to samo-oszustwo jest, do pewnego stopnia, świadome.
Czytając "Recydywistę" przypomniałem sobie fragmenty mojej przeszłości, ten szok, że nie jestem sam, że ktoś też "nie odwrócił wzroku" i rozczarowanie, że donikąd go to nie doprowadziło. Szukałem lekarstwa u chorych - ale o tym już pisałem.
Błędem Vonneguta było założenie, że cierpienie jest złem, ale o tym już pisałem.
Skończyłem.
Lem jest dumnym nihilistą. Vonnegut jest złamanym nihilistą. Gdy Vonnegut pisze, że sens ma tylko to, co sami sobie wybierzemy, opisuje tym głównie fakt, że wg. niego nic nie ma sensu, a fajnie by było, gdyby chociaż to.Brak wiary w sens, zupełny absurd życia w ogóle to główny motyw jego książek. Z powodu swojej niewiary, swojego złamania jest dużo bardziej wiarygodny w swoim pisarstwie niż Lem. Są osoby, które chcą być dumne z tego, że są nihilistami, że "odkryły prawdę", które czują "misję". W każdej grupie się tacy zdarzają. Jednak u nihilistów jest ich, relatywnie mało. Hasła "wszystko nie ma sensu a życie jest chorobą wszechświata" źle wygląda na sztandarach. Nie motywuje tłumów do marszów i protestów, no bo po co. Jednak siła intymnego wyznania "wierzę, że nic nie ma, szukałem, i nie znalazłem, pukałem i nie otworzono mi" jest ogromna. Powiem więcej - w ramach założeń "cierpienie jest złem" to Vonnegut ma rację. Bo w ramach niego - świat jest zły i tylko zły. Nie ma ucieczki przed cierpieniem - tylko w inne cierpienie. Gdy wytnie się uczucia - zostaje po nich pustka, którą zastępuje ból. Gdy wytnie się ten ból - po nim również zostaje pusta. Ucieczka przed bólem kończy się jakąś formę okaleczenia. Niektórzy zakładają, że śmierć może być taką "skuteczną" ucieczką - jednak robią to wbrew swojej intuicji. Wszystko, co jest tutaj na Ziemi, co przeżywa nihilista wskazuje na to, że śmierć nie będzie skuteczną ucieczką. Jeśli wierzy w śmierć - to tylko dlatego, że nic innego mu już nie pozostało, to samo-oszustwo jest, do pewnego stopnia, świadome.
Czytając "Recydywistę" przypomniałem sobie fragmenty mojej przeszłości, ten szok, że nie jestem sam, że ktoś też "nie odwrócił wzroku" i rozczarowanie, że donikąd go to nie doprowadziło. Szukałem lekarstwa u chorych - ale o tym już pisałem.
Błędem Vonneguta było założenie, że cierpienie jest złem, ale o tym już pisałem.
Skończyłem.
środa, 23 marca 2011
Hitler kaput?
Jestem zdziwiony - choć nie do końca. Zdziwiony tym, że moja notka o moralności ateistycznej w odniesieniu do III Rzeszy nie wywołała burzy, nawet małej. Rozumiem - że temat jest już trochę przesycony i może męczyć. Rozumiem - notka jest długa i jak się widzi coś takiego to się nie chce czytać całości, bo "nie ma czasu". Sam wiem jak to jest z czasem. Jednak żałuję, że zmarnowały się tak ostre słowa, mimo, że przez ostatnie dni byłem na tyle zmęczony, że mimo, że czuję się bardzo pewnie w środowisku wirtualnym, mógłbym mieć pewne problemy z prowadzeniem rzetelnej dyskusji. Jednak nie było rzetelnej dyskusji - nie było żadnej dyskusji, co jest problemem samo w sobie. Jednak cóż - pozostaje pisać dalej i pamiętać, że co wrzucone tak szybko z neta nie zniknie i może jeszcze zdąży jakichś świrów przyciągnąć.
sobota, 19 marca 2011
Niemoc
Jest taka twórcza niemoc – gdy ma się coś napisać i ma się na to termin. Moim problemem, z zasady – nie jest brak pomysłów. Raczej ich nadmiar – i brak motywacji do poruszenia któregokolwiek z nich. „Może lepiej o cierpieniu?”, „Nie chce mi się, może zamiast tego o moim spojrzeniu na wiarę?” „W sumie... Mam zaległy tekst o Efect'cie”. Problem zwykle rozwiązuje się „sam”, gdy uda mi się zacząć. To znaczy – napisać pierwsze kilka zdań, które mnie samego zaciekawią na tyle, aby chciało mi się je kontynuować. Motywacja – gdy piszę, wystarcza mi sama zabawa słowem, satysfakcja z rozwoju, z rozmowy ze sobą, z poszukiwania wśród myśli. Jednak początek – wybór tematu, walka na argumenty „który lepszy” jest jak bajeczka Fredry - „Osiołkowi w żłobie dano”. To, co teraz piszę – jest moim rozwiązaniem. Opisuję problem – to jeden z lepszych sposób, aby go przezwyciężyć. Zacząłem pisać – teraz tylko będę to kontynuował, w jednym z tematów. Howgh.
czwartek, 17 marca 2011
Second child (#)
Booo.. Tamten drugi blog, to on miał być poważny. Jakieś takie "dojrzałe" formy. Ja jednak, obawiam się, nie lubię poważnych rzeczy. Tak jak ateizm - nie nadają się na sanki. A tak trochę poważniej (?), gdy pisałem tekst o Danie zastanawiałem się, czy powinienem używać PISANIA WIELKIMI LITERAMI, dziwnych potworków gramatycznych, mojego ulubionego... wielokropka. W końcu - tu piszę "warsztatowo". Stwierdziłem jednak, że bez nich - brakuje mi środków wyrazu. I tak, nawet z nimi, ciężko ogarnąć czy żartuję, czy mówię poważnie, czy rzucam sobie anegdotkę, czy podkreślam jakiś bardzo ważny przykład. Więc mam w nosie - niech ginie "tradycjonalizm" na rzecz "komunikatywności". W końcu - ustępstwa na rzecz komunikatywności zdarzają mi się bardzo rzadko, więc jest co świętować. Howgh.
wtorek, 15 marca 2011
Ateizm to ciekawa koncepcja, ale nie nadaje się na sanki
Czasem, jak piszę notkę, to dokładnie wiem o czym będę pisał. Mam "plan", czuję się mocny w jakimś temacie, albo jest to temat na tyle subiektywny, że nie potrzebuję nawet trzymać się logiki - i tak przekażę to, co chcę przekazać. Pisząc notkę "Ateisto - odrzuć hipokryzję" miałem taki "ogólny zarys", który zmieniał się z 5 razy przed pisaniem, a podczas pisania był na tyle niewyraźny, że nigdy do końca nie wiedziałem "co mam napisać". Po zamieszczeniu notki poprosiłem Ewę, żeby ją przeczytała. Nie dlatego, że to "notka dla niej" - po prostu chciałem wiedzieć co napisałem.
Ateizm nie jest moim "konikiem" - ateiści, gdy byłem nihilistą, byli dla mnie takimi samymi nudnymi, agresywnymi hipokrytami jak katolicy. Mój uraz do nich był nawet głębszy - od "wierzących w Boga" nie wymagałem za wiele. Wśród ateistów jednak próbowałem znaleźć ludzi ciekawych - nie rozumiałem wtedy jeszcze, że ateizm jest wiarą, wymagałem poszukiwania prawdy a spotkałem się z "walką z ciemnogrodem". Nuda.
W sumie zaskoczyła mnie dyskusja - przywykłem do ludzi, którzy, jak im coś nie pasuje, udają, że tego nie widzą. Fajnie zmienić takie przyzwyczajenie.
Ateizm nie jest moim "konikiem" - ateiści, gdy byłem nihilistą, byli dla mnie takimi samymi nudnymi, agresywnymi hipokrytami jak katolicy. Mój uraz do nich był nawet głębszy - od "wierzących w Boga" nie wymagałem za wiele. Wśród ateistów jednak próbowałem znaleźć ludzi ciekawych - nie rozumiałem wtedy jeszcze, że ateizm jest wiarą, wymagałem poszukiwania prawdy a spotkałem się z "walką z ciemnogrodem". Nuda.
W sumie zaskoczyła mnie dyskusja - przywykłem do ludzi, którzy, jak im coś nie pasuje, udają, że tego nie widzą. Fajnie zmienić takie przyzwyczajenie.
poniedziałek, 14 marca 2011
Too easy
Ta notka powstała zanim poczytałem nowe komentarze na głównym blogu. Gdy powstała później może wyglądała by inaczej. A może nie.
Moje notki są akademicko poprawne. Mają "humor", są trochę podłe, bo ja jestem trochę podły, są niedopracowane, bo nie sprawdzam ich przed publikacją i ponieważ dopiero dopracowuję warsztat. Poruszają rzeczy w miarę uniwersalne, w miarę ważne. Moje notki mnie nudzą. Za mało w nich piekła, za mało w nich Boga.
W sumie, planowo, nie chcę nawracać "łatwych ateistów", ani "łatwych katolików". Ostatnio dziewczyna, w przypływie gniewu wyrzucała mi, że chcę, żeby była taka jak ja. To nie do końca prawda - ja tylko chcę, żeby przeczołgała się przez piekło. Chociaż nie - nawet nie przeczołga się. Ja się czołgałem, to moja sprawa, moja przeszłość. Mnie wystarczy, że przez nie przejdzie, nawet lepiej by było, gdyby w pozycji wyprostowanej, jak turysta, ale turysta pełen nabożnego respektu dla tych, którzy tu polegli, którzy nie mogli już dalej iść. Jak turysta w Aushwitz, ale z pełną świadomością tego, co się tam wydarzyło. To potrzebne, aby doceniać, aby nie mitologizować, to pomaga walczyć ze sobą, to pomaga lubić siebie. Nieważne jednak - marketing w stylu "jak przejdziesz przez piekło będziesz fajny" jest tu nie na miejscu.
Znudziły mi się dyskusje z potencjalnymi argumentami "łatwych" ludzi. W końcu piszę dla "masochistów", a im nie są one potrzebne, chyba że jako ciekawostka.
Gdy zaczynam sobie roić o ładnym domku i spokojne starości do niezawodny znak, że zapominam coś, czego nie chcę zapomnieć. Nie chcę oderwać się od przeszłości, zaczynać od nowa i od nowa popełniać tych samych błędów. Kształtowała mnie moja walka o poznanie prawdy, którą prowadziłem z bólem egzystencji, i ch.. mnie to obchodzi, że brzmi to patetycznie. Brodzenie we mgle, nawet zdychanie w bagnie, jest więcej warte niż łatwe życie, niż puste życie.
Następna notka będzie dla cieżkich nihilistów. Tak jak lubię.
Moje notki są akademicko poprawne. Mają "humor", są trochę podłe, bo ja jestem trochę podły, są niedopracowane, bo nie sprawdzam ich przed publikacją i ponieważ dopiero dopracowuję warsztat. Poruszają rzeczy w miarę uniwersalne, w miarę ważne. Moje notki mnie nudzą. Za mało w nich piekła, za mało w nich Boga.
W sumie, planowo, nie chcę nawracać "łatwych ateistów", ani "łatwych katolików". Ostatnio dziewczyna, w przypływie gniewu wyrzucała mi, że chcę, żeby była taka jak ja. To nie do końca prawda - ja tylko chcę, żeby przeczołgała się przez piekło. Chociaż nie - nawet nie przeczołga się. Ja się czołgałem, to moja sprawa, moja przeszłość. Mnie wystarczy, że przez nie przejdzie, nawet lepiej by było, gdyby w pozycji wyprostowanej, jak turysta, ale turysta pełen nabożnego respektu dla tych, którzy tu polegli, którzy nie mogli już dalej iść. Jak turysta w Aushwitz, ale z pełną świadomością tego, co się tam wydarzyło. To potrzebne, aby doceniać, aby nie mitologizować, to pomaga walczyć ze sobą, to pomaga lubić siebie. Nieważne jednak - marketing w stylu "jak przejdziesz przez piekło będziesz fajny" jest tu nie na miejscu.
Znudziły mi się dyskusje z potencjalnymi argumentami "łatwych" ludzi. W końcu piszę dla "masochistów", a im nie są one potrzebne, chyba że jako ciekawostka.
Gdy zaczynam sobie roić o ładnym domku i spokojne starości do niezawodny znak, że zapominam coś, czego nie chcę zapomnieć. Nie chcę oderwać się od przeszłości, zaczynać od nowa i od nowa popełniać tych samych błędów. Kształtowała mnie moja walka o poznanie prawdy, którą prowadziłem z bólem egzystencji, i ch.. mnie to obchodzi, że brzmi to patetycznie. Brodzenie we mgle, nawet zdychanie w bagnie, jest więcej warte niż łatwe życie, niż puste życie.
Następna notka będzie dla cieżkich nihilistów. Tak jak lubię.
środa, 9 marca 2011
Dziecko kryzysów
Po raz kolejny przypominam sobie, że jestem dzieckiem kryzysów. Przez ostatnie dni, mimo kilku możliwości nawet kilku podejść - wciąż nie dokończyłem notki na głównym blogu. Brakowało mi wewnętrznej motywacji "tak, chcę to zrobić, chcę o tym pisać". Teraz jednak, gdy wokół mnie wybuchają kłótnie, problemy itd., nabieram motywacji do działania. Może dlatego, że w takiej sytuacji dosłownie czuję się... jak w domu.
Stwierdziłem, że...
Przypomniałem sobie dzisiaj gościa, który chciałby być Izraelitą, ale nie urodził się Żydem, czego żałuje, który jest praktykującym niewierzącym buddystą, który poświęcił lwią część swojego życia na praktykowanie sztuk walki i który twierdzi, że medytacje pomogły mu dobrze zdać maturę. Przypomniałem sobie i stwierdzam, że ludzie są zabawny. Nie, żebym ich nie rozumiał, rozumiem, jednak drogi ich poszukiwań są na wpół śmieszne, na wpół smutne.
Stwierdziłem dziś, że moja wiedza jest zupełnie nic nie warta, sama w sobie. Niby wiedziałem to od dawna - ale dzisiaj (choć patrząc na zegarek - wczoraj) to nieźle powiązałem z praktyką. Moja wiedza, moje umiejętności, moje myśli mają wartość "0", dopóki ich do czegoś nie wykorzystuję. Matematycznie - wiedza o aktualnej polityce państwa:4, umiejętność przekazywania wiedzy:2, wykorzystywanie tego w praktyce: 0. I mamy działanie: 4 x 2 x 0 = 0. Jest to działania na "skutek". Wykorzystywanie w praktyce może mieć zarówno znak ujemny, jak i dodatki, w zależności czy robimy coś złego, czy dobrego. W każdym razie - realną wartością jest wykorzystywanie swoich umiejętności. Rozwój intelektualny ma na tyle sens, na ile za jego pomocą chcemy lepiej pomagać innym. Oczywiście - to wszystko z czysto chrześcijańskiego punktu widzenia. Dla 'materialisty' rozwój intelektualny może mieć o tyle 'sens' (jeśli to w ogóle jest sens nazywać 'sensem'), o ile pomnaża np. gotówkę. Przy czym - wzór zostanie ten sam.
Stwierdziłem dziś, że powinienem napisać list do potencjalnego syna. W liście powinno się znaleźć, oprócz, oczywiście, dobrych rad, kilka możliwości tego, kim mogę się stać oraz skróconych poradników co należy będzie ze mną zrobić. Zdaję sobie sprawę z wielu zagrożeń czyhających na mnie, wspominałem już o tym, że "będę pracował w Biedronce i nagle obudzę się, 20 lat później i stwierdzę, że zmarnowałem życie", są też inne. Rytualizm (bo łatwiej jest sobie stworzyć kanon praw i się ich trzymać niż CAŁY CZAS sprawdzać jak tam wygląda dzisiaj sprawa "ja - Bóg - co powinienem zrobić"), ucieczka od uczuć, zbytnia łagodność, zbytnia okrutność. Takie klasyki. Póki nic mi się nie przydarzyło takiego, w każdym razie nie na tyle, żebym sobie z tym nie poradził, powinienem napisać taki list. Kto wie, może mu się przyda.
Jakoś tak ostatnio więcej myślę o śmierć. Śmierć to niezły punkt odniesienia - jak patrzymy cały czas 2 dni do przodu i w ten sposób planujemy swoje posunięcia to nie myślimy długofalowo. Jednak gdy planujemy swoje posunięcia z perspektywy "umrzesz", to się robi klarowniej i skuteczniej.
Stwierdziłem też, że rozumiem ludzi, którzy nie rozumieją mojego bloga. Wreszcie. Gramatyczne budowle które wnoszę są chore, żeby zrozumieć jedno w sumie proste zdanie trzeba je przeczytać ze 3 razy. To, co tworzę nadaje się, głównie, dla masochistów. Z tą właśnie świadomością chcę tworzyć dalej. Nie stwierdzam "nie, czas to zmienić, trafić do szerszej publiki". Po prostu - pozdrawiam masochistów.
Ostatnio stwierdziłem, że to, że NIKT nie komentuje tego bloga ma swoje plusy. Przestaję czekać na komentarze, przestaję myśleć o tym, do kogo piszę, nie próbuję się przypodobać. Dzięki temu to bardziej mój blog, jest ostrzej, jest bardziej tak, jak, uważam, powinno być. Gdy może kiedyś zaczną pojawiać się komentarze, będę na niej mniej więcej przygotowany, będę u siebie, a nie na jakiejś "wspólnej platformie wymiany myśli". Tu są moje myśli - odnieś się lub odbij od nich.
Stwierdziłem dziś, że moja wiedza jest zupełnie nic nie warta, sama w sobie. Niby wiedziałem to od dawna - ale dzisiaj (choć patrząc na zegarek - wczoraj) to nieźle powiązałem z praktyką. Moja wiedza, moje umiejętności, moje myśli mają wartość "0", dopóki ich do czegoś nie wykorzystuję. Matematycznie - wiedza o aktualnej polityce państwa:4, umiejętność przekazywania wiedzy:2, wykorzystywanie tego w praktyce: 0. I mamy działanie: 4 x 2 x 0 = 0. Jest to działania na "skutek". Wykorzystywanie w praktyce może mieć zarówno znak ujemny, jak i dodatki, w zależności czy robimy coś złego, czy dobrego. W każdym razie - realną wartością jest wykorzystywanie swoich umiejętności. Rozwój intelektualny ma na tyle sens, na ile za jego pomocą chcemy lepiej pomagać innym. Oczywiście - to wszystko z czysto chrześcijańskiego punktu widzenia. Dla 'materialisty' rozwój intelektualny może mieć o tyle 'sens' (jeśli to w ogóle jest sens nazywać 'sensem'), o ile pomnaża np. gotówkę. Przy czym - wzór zostanie ten sam.
Stwierdziłem dziś, że powinienem napisać list do potencjalnego syna. W liście powinno się znaleźć, oprócz, oczywiście, dobrych rad, kilka możliwości tego, kim mogę się stać oraz skróconych poradników co należy będzie ze mną zrobić. Zdaję sobie sprawę z wielu zagrożeń czyhających na mnie, wspominałem już o tym, że "będę pracował w Biedronce i nagle obudzę się, 20 lat później i stwierdzę, że zmarnowałem życie", są też inne. Rytualizm (bo łatwiej jest sobie stworzyć kanon praw i się ich trzymać niż CAŁY CZAS sprawdzać jak tam wygląda dzisiaj sprawa "ja - Bóg - co powinienem zrobić"), ucieczka od uczuć, zbytnia łagodność, zbytnia okrutność. Takie klasyki. Póki nic mi się nie przydarzyło takiego, w każdym razie nie na tyle, żebym sobie z tym nie poradził, powinienem napisać taki list. Kto wie, może mu się przyda.
Jakoś tak ostatnio więcej myślę o śmierć. Śmierć to niezły punkt odniesienia - jak patrzymy cały czas 2 dni do przodu i w ten sposób planujemy swoje posunięcia to nie myślimy długofalowo. Jednak gdy planujemy swoje posunięcia z perspektywy "umrzesz", to się robi klarowniej i skuteczniej.
Stwierdziłem też, że rozumiem ludzi, którzy nie rozumieją mojego bloga. Wreszcie. Gramatyczne budowle które wnoszę są chore, żeby zrozumieć jedno w sumie proste zdanie trzeba je przeczytać ze 3 razy. To, co tworzę nadaje się, głównie, dla masochistów. Z tą właśnie świadomością chcę tworzyć dalej. Nie stwierdzam "nie, czas to zmienić, trafić do szerszej publiki". Po prostu - pozdrawiam masochistów.
Ostatnio stwierdziłem, że to, że NIKT nie komentuje tego bloga ma swoje plusy. Przestaję czekać na komentarze, przestaję myśleć o tym, do kogo piszę, nie próbuję się przypodobać. Dzięki temu to bardziej mój blog, jest ostrzej, jest bardziej tak, jak, uważam, powinno być. Gdy może kiedyś zaczną pojawiać się komentarze, będę na niej mniej więcej przygotowany, będę u siebie, a nie na jakiejś "wspólnej platformie wymiany myśli". Tu są moje myśli - odnieś się lub odbij od nich.
poniedziałek, 7 marca 2011
"Nie ma Boga" (Ps 14, 1)
Myśląc o swoich notkach doszedłem do wniosku, że jakoś mało jest w nich Boga. Nie odwołuję się do Niego, nie piszę „Chrystus jest zbawicielem” (choć jest). Zastanowiłem się dlaczego i wyszło mi kilka wniosków. Po pierwsze – NIE jest to spowodowane tym, żebym się Boga wstydził. Na tym etapie to mnie już naprawdę nie interesuje czy mnie ludzie będą lubić, czy nie (z czego się cieszę bo chęć „akceptacji” to u mnie klasyczny problem). Kłuje kogoś Chrystus w oczy – to ani problem mój, ani Chrystusa, tylko tego kutego. Jeśli Chrystus jest Bogiem to należy się do niego poważnie ustosunkować, jeśli nie to dlaczego kuje? Tak czy inaczej – nie obchodzi mnie, że kto mówi dzisiaj „Bóg” ten jest „obciachowym typem”. Powód jest inni – mimo, że nie piszę pod publikę, piszę dla publiki. „Pod” znaczy dawać publiczności to, czego ona chce, „dla” znaczy dawać to, czego wg nas potrzebuje. Ludzie z rzadka chcą tego, czego potrzebują. Nie wiedzą do czego dążą więc skąd mają wiedzieć co im w tym dążeniu jest potrzebne? Ale nie będę teraz tego specjalnie rozwijał. W każdym razie – Boga jest mało bo jak piszę „Bóg” to ludzie widzą starszego pana, albo świat, albo cokolwiek innego. W każdym razie zupełnie co innego niż Bóg, do którego się odwołuję. Gdy natomiast opisuję związki męsko-damskie, i to jeszcze z perspektywy ewolucji to każdy jakieś doświadczenie (zwykle bezpośrednie, ale niekoniecznie) ma. Jak dobrze pójdzie do odwoływania się do Boga dojdziemy, m.in. dlatego, że chcę rozwinąć temat poruszony ostatnio przez księdza na kazaniu w mojej parafii „dobrzy ludzie ateiści, a dobrzy ludzie chrześcijanie”, „fundament”, „dom na skale, dom na piasku” itd. Howgh.
sobota, 5 marca 2011
Piractwo, scurvy
Jedna sprawa. Na imprezie mówię, że jestem abstynent - klasyczne pytanie "dlaczego", ale nikt się nie czepia, wszystko spoko. Nie palę - cóż, dużo ludzi nie pali, nikt się nie przejął, nawet się ludzie trochę po kątach czaili z tym paleniem. Niektórzy. Jednak w momencie, gdy okazało się, że "nie piracę" i nie chcę oglądać pirackiego odcinka anime nastąpił szok i konsternacja. Jak można. Dyskusja, dlaczego, przecież prawnie jest 24 godziny, materiał promocyjny. Tłumaczę - to fake, nie ma takiego przepisu. To od razu następny argument, że można, że tylko udostępnianie jest nielegalne. To, na tyle na ile wiem, prawda. Jednak po co w takim razie najpierw zasłaniać się 24 godzinami, skoro tylko udostępnianie jest nielegalne? Stwierdzam, że ja się przejmuję tym, że ktoś nielegalnie udostępnia i nie ściągam, czym to jednak ściągam... na siebie oburzenie. Twardo - nie oglądam. Chwilowo przycichło. Potem gdzieś w temacie wspominam, że sobie w domu obejrzę NGE - od razu pytanie, czy mam oryginał. "Sprawdzają mnie." Mam oryginał, ha, już się nawet nie chwaliłem że kolekcjonerskie wydanie kolekcjonerskiego wydania.
Z jednej strony - to takie dziwne, ile wzburzenia może przynieść przyznanie się w towarzystwie, że człowiek nie piraci. Z drugiej - sam pamiętam, że walczyłem z niepijącymi, niepalącymi, niepiracącymi. Jednakże - ja wtedy byłem ideologiem nihilizmu, i kuraw, miałem lepsze argumenty ZA paleniem niż większość osób ma przeciw. Byłem niezłym ideologiem. I dla mnie w tamtej sytuacji nie piracenie byłoby albo kaprysem, albo jakąś odmianą hipokryzji (tak jak uważałem i wciąż uważam, że wiele dziewczyn w szkole nie paliło bo uważały się za lepsze od tych "głupich, niszczących swoje zdrowie palaczy". taki syndrom cnotki niewydymki, która nie dlatego taka jest bo uważa, że to jest dobre, tylko dlatego, że chce czuć się lepsza od innych. kto wie o co mi chodzi ten wie, tyle w tej kwestii). Jednakże gdy ktoś przyznaje się do wyznawania chrześcijańskich wartości, a potem oburza się, że ktoś NIE kradnie, to coś jest nie tak. Choć, mówiąc szczerze, to nie jest problem tej osoby, czy jakaś "katolicka przypadłość hipokryzji" tak twardo lansowana przez Wyborczą. To ogólny problem piractwa. I hej - mam temat który od dawna miałem poruszyć tylko nigdy nie miałem motywacji żeby się zabrać - i pewnie w jakimśtam bliższym czasie machnę artykuł na temat.
Ps. Jak się powinno kończyć notki na blogu?
Double action
Jestem po urodzinach u Zofii, fizycznie dość zniszczony. Kot (uczulenie) rozregulował mój system immunologiczny, jakieś przeziębienie wykorzystało możliwość i czuję się tak, jak się czuję. Jednak nie o tym... O imprezie. Podzieliłem ją sobie na dwa etapy, dość naturalne zresztą. Impreza przed pójściem spać i impreza po parogodzinnej drzemce. Part I - jakbym napisał że tańczyłem do piosenki "Ilyena" TMV (a właśnie, jak u mnie się pojawia jakiś link do piosenki to jest to albo link do teledysku albo do amazona "go & buy". koniec reklamy), poza tym stwierdziłem, że jestem Cezarem i zaprosiłem dziewczynę do mojego... kurcze, nawet nie pamiętam czego, ale coś w stylu "łoża", tylko bardziej klimatycznego słowa użyłem... W sumie forma "jakbym napisał" tu nie pasuje, bo przecież TO napisałem. Jednak to tworzy złudny obraz - to wszystko się wydarzyło, ale najważniejszym elementem pierwszej części było sprzedawanie historii z mojego życia Adamowi i kontestacja rzeczywistości. Jak za starych czasów. Zawsze mi przeszkadzało na dyskotekach że jest za głośno i źle się rozmawia. Z kontestacji wnioski były bardzo konkretne "no, nawet fajnie tańczy, ale...", "hmm, a więc tak wygląda dom w którym wychowywała się Zofia, tak, to sporo tłumaczy" itd. Jak mi się kiedyś będzie nudzić to sobie to napiszę, dawno nie dałem ludziom wystarczająco porażającego pokazu szczerości. Z rozmowy z Adamem, oprócz wspomnień dawnych dni, zarówno tych, które opowiadałem, jak i tych dni, kiedy opowiadałem (ale o nich nie opowiadałem) (wiecie co, uwielbiam zdanie które właśnie napisałem) zyskałem fajne przemyślenie - lepiej rozumiem DLACZEGO słucham takiej właśnie muzyki jakiej słucham, jakiej muzyki chciałbym słuchać, dlaczego muzyka, która mi nie pasuje, nie pasuje mi. Przydatna rzecz.
Druga część, żeby się nie bawić w ciekawostki, tylko przejść do sedna, opierała się na sprzedawaniu mi historii swojego życia przez (tu zaczynam szukać komórki na której zapisałem imię...) Jurka. Co do jego historii - są z nimi dwa problemy. Problem pierwszy - brzmią dość nieprawdopodobnie. Nie jest to jednak coś, co by je skreślało - większość historii z mojego życia brzmi jeszcze bardziej nieprawdopodobnie. Problem drugi - to była impreza pod znakiem wkręcania starego aleksaNdra. Nie lubię wkręcania, tak jak nie lubię grać w nogę. Do nogi nie mam kondycji, zamiast cieszyć się grą myślę o tym jak jestem zmęczony, to nie gra dla mnie, przynajmniej teraz. W TV też nie lubię oglądać, bo nie podoba mi się perspektywa z jakiej pokazywane są mecze. Mecz interesujący byłby dla mnie, gdyby kamery umieszczone były z perspektywy zawodników. Gra mięśni, przeskok z nogi na nogę, drobne zwody, zmęczenie, praca płuc.. To mnie bardziej interesuje, lepiej się w to wczuwam niż ogólną "sytuację na boisku". Ciekawa sytuacja na boisku to jest w UT2k4 w trybie Onslaught, albo w Starcrafcie. Choć to wszystko, jak widać, bardzo subiektywne spojrzenia - i nie uważam, że wczuwanie się w "sytuację na boisku" podczas oglądania meczu jest czymś dziwnym. Po prostu mnie nie kręci. I tak też jest z wkręcaniem - z tą różnicą, że jak ludzie grają w piłkę to ja mogę nie grać, jak leci mecz w TV to mogę nie oglądać, a nikt mnie pyta czy mam ochotę być wkręcany. Więc niepytany mówię - nie mam, relacje międzyludzkie i bez tego są wystarczająco skomplikowane.
W każdym razie - oprócz klasycznej dla mnie integracji 1 vs 1 na imprezie pełnej ludzi była jeszcze jajecznica, dla mnie najbardziej klasyczne danie imprezowe. W ogóle - powinienem częściej chodzić na duże biby, poznawałbym nowych ludzi i zmagał się z demonami przeszłości. Tylko bez kotów.
piątek, 4 marca 2011
Inauguracja
Blogowanie czas zacząć!
Uczucia - choćby z powodu wielu oskarżeń, że nie mam uczuć. To nieprawda! Mam. Tylko przekształcone wolą, inne. W moim życiu to ja rządzę uczuciami. Mam, korzystam, uważam za użyteczne, choć często problematyczne. Szczególnie, jeśli ich nie rozumieć, nie trenować, nie obserwować itd.
Ha! Główny blog, jako pierwszą, dostał, bo tak wyszło, artykuł o roboczej nazwie "seks notka". W zamierzeniu miał bardziej skupiać się na samym seksie, w efekcie wyszedł bardziej jako "wstęp do zagadnienia" niż cokolwiek innego. Więc został nazwany wstępem. Plan jest taki, żeby napisać notkę bardziej skupiającą się na tym, czym ewolucyjnie są związki, na tej grze w kokieterię itd. Moja dziewczyna przyczepiła się, że nie ma w tym nic o duchowym wymiarze związków, seksu itd. Tru. Nie ma. Z dwóch powodów:
1. To nie pasuje do stylu notki. To był styl wzorowany na starych, wrednych pisarzach science-fiction z lekką domieszką pokazywania różnych punków widzenia (oni nigdy tego nie robią).
2. Za mało się znam na duchowym wymiarze. Jak kiedyś będę czuł się w tym mocny i będę miał wystarczająco danych to się skuszę. Teraz - nie.
Do publikacji czeka mi notka o rasizmie - poszłaby pierwsza, ale wymaga trochę pracy przy publikowaniu ze schematami, które do niej zrobiłem, a dzisiejsze zakładanie bloga zasługuje na miano "wyjątkowo leniwego". Zakładam bloga, robię obiad, zakładam bloga, przewracam paluszki rybne na patelni, zakładam bloga, jem obiad, założyłem bloga, odpalam teledysk NIN na YT, zmieniam ustawienia bloga, wstawiam pranie, zmieniam ustawienia, odpalam teledysk TMV na YT, piszę notkę, wyjmuję pranie, wstawiam kolejne, piszę notkę, piszę z kimś na GG, piszę notkę itd.
Oprócz notki o rasizmu mam trochę starych rzeczy, ten artykuł o "prawdzie i Tolkienie" który wielu pamięta, że był, ale nikt za bardzo nie pamięta o czym, parę innych artykułów. Do napisania w najbliższym czasie - artykuł o efekcie i mnóstwo recenzji, które kiedyś sobie zaplanowałem, że napiszę, tylko nigdy nie miałem motywacji. I oczywiście "teraz" tego nie zrobię, bo mam coś innego do robienia. Hej ho.
Subskrybuj:
Posty (Atom)