sobota, 5 marca 2011

Double action

Jestem po urodzinach u Zofii, fizycznie dość zniszczony. Kot (uczulenie) rozregulował mój system immunologiczny, jakieś przeziębienie wykorzystało możliwość i czuję się tak, jak się czuję. Jednak nie o tym... O imprezie. Podzieliłem ją sobie na dwa etapy, dość naturalne zresztą. Impreza przed pójściem spać i impreza po parogodzinnej drzemce. Part I - jakbym napisał że tańczyłem do piosenki "Ilyena" TMV (a właśnie, jak u mnie się pojawia jakiś link do piosenki to jest to albo link do teledysku albo do amazona "go & buy". koniec reklamy), poza tym stwierdziłem, że jestem Cezarem i zaprosiłem dziewczynę do mojego... kurcze, nawet nie pamiętam czego, ale coś w stylu "łoża", tylko bardziej klimatycznego słowa użyłem... W sumie forma "jakbym napisał" tu nie pasuje, bo przecież TO napisałem. Jednak to tworzy złudny obraz - to wszystko się wydarzyło, ale najważniejszym elementem pierwszej części było sprzedawanie historii z mojego życia Adamowi i kontestacja rzeczywistości. Jak za starych czasów. Zawsze mi przeszkadzało na dyskotekach że jest za głośno i źle się rozmawia. Z kontestacji wnioski były bardzo konkretne "no, nawet fajnie tańczy, ale...", "hmm, a więc tak wygląda dom w którym wychowywała się Zofia, tak, to sporo tłumaczy" itd. Jak mi się kiedyś będzie nudzić to sobie to napiszę, dawno nie dałem ludziom wystarczająco porażającego pokazu szczerości. Z rozmowy z Adamem, oprócz wspomnień dawnych dni, zarówno tych, które opowiadałem, jak i tych dni, kiedy opowiadałem (ale o nich nie opowiadałem) (wiecie co, uwielbiam zdanie które właśnie napisałem) zyskałem fajne przemyślenie - lepiej rozumiem DLACZEGO słucham takiej właśnie muzyki jakiej słucham, jakiej muzyki chciałbym słuchać, dlaczego muzyka, która mi nie pasuje, nie pasuje mi. Przydatna rzecz.
Druga część, żeby się nie bawić w ciekawostki, tylko przejść do sedna, opierała się na sprzedawaniu mi historii swojego życia przez (tu zaczynam szukać komórki na której zapisałem imię...) Jurka. Co do jego historii - są z nimi dwa problemy. Problem pierwszy - brzmią dość nieprawdopodobnie. Nie jest to jednak coś, co by je skreślało - większość historii z mojego życia brzmi jeszcze bardziej nieprawdopodobnie. Problem drugi - to była impreza pod znakiem wkręcania starego aleksaNdra. Nie lubię wkręcania, tak jak nie lubię grać w nogę. Do nogi nie mam kondycji, zamiast cieszyć się grą myślę o tym jak jestem zmęczony, to nie gra dla mnie, przynajmniej teraz. W TV też nie lubię oglądać, bo nie podoba mi się perspektywa z jakiej pokazywane są mecze. Mecz interesujący byłby dla mnie, gdyby kamery umieszczone były z perspektywy zawodników. Gra mięśni, przeskok z nogi na nogę, drobne zwody, zmęczenie, praca płuc.. To mnie bardziej interesuje, lepiej się w to wczuwam niż ogólną "sytuację na boisku". Ciekawa sytuacja na boisku to jest w UT2k4 w trybie Onslaught, albo w Starcrafcie. Choć to wszystko, jak widać, bardzo subiektywne spojrzenia - i nie uważam, że wczuwanie się w "sytuację na boisku" podczas oglądania meczu jest czymś dziwnym. Po prostu mnie nie kręci. I tak też jest z wkręcaniem - z tą różnicą, że jak ludzie grają w piłkę to ja mogę nie grać, jak leci mecz w TV to mogę nie oglądać, a nikt mnie pyta czy mam ochotę być wkręcany. Więc niepytany mówię - nie mam, relacje międzyludzkie i bez tego są wystarczająco skomplikowane.
W każdym razie - oprócz klasycznej dla mnie integracji 1 vs 1 na imprezie pełnej ludzi była jeszcze jajecznica, dla mnie najbardziej klasyczne danie imprezowe. W ogóle - powinienem częściej chodzić na duże biby, poznawałbym nowych ludzi i zmagał się z demonami przeszłości. Tylko bez kotów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz