środa, 30 marca 2011

Bill - co?

Mam ochotę omówić swoją notkę. O co mi chodzi. Zawsze lubiłem, gdy autor omawiał o czym w ogóle pisał, gdyż wiadomo, że przekaz potrafi zagubić się w formie. Jednak to nie teraz. Może mi przejdzie.

wtorek, 29 marca 2011

Kurt Vonnegut "Recydywista"

Skoro tyle lat narzekam na brak możliwości opisania swoich wrażeń z książek...
Lem jest dumnym nihilistą. Vonnegut jest złamanym nihilistą. Gdy Vonnegut pisze, że sens ma tylko to, co sami sobie wybierzemy, opisuje tym głównie fakt, że wg. niego nic nie ma sensu, a fajnie by było, gdyby chociaż to.Brak wiary w sens, zupełny absurd życia w ogóle to główny motyw jego książek. Z powodu swojej niewiary, swojego złamania jest dużo bardziej wiarygodny w swoim pisarstwie niż Lem. Są osoby, które chcą być dumne z tego, że są nihilistami, że "odkryły prawdę", które czują "misję". W każdej grupie się tacy zdarzają. Jednak u nihilistów jest ich, relatywnie mało. Hasła "wszystko nie ma sensu a życie jest chorobą wszechświata" źle wygląda na sztandarach. Nie motywuje tłumów do marszów i protestów, no bo po co. Jednak siła intymnego wyznania "wierzę, że nic nie ma, szukałem, i nie znalazłem, pukałem i nie otworzono mi" jest ogromna. Powiem więcej - w ramach założeń "cierpienie jest złem" to Vonnegut ma rację. Bo w ramach niego - świat jest zły i tylko zły. Nie ma ucieczki przed cierpieniem - tylko w inne cierpienie. Gdy wytnie się uczucia - zostaje po nich pustka, którą zastępuje ból. Gdy wytnie się ten ból - po nim również zostaje pusta. Ucieczka przed bólem kończy się jakąś formę okaleczenia. Niektórzy zakładają, że śmierć może być taką "skuteczną" ucieczką - jednak robią to wbrew swojej intuicji. Wszystko, co jest tutaj na Ziemi, co przeżywa nihilista wskazuje na to, że śmierć nie będzie skuteczną ucieczką. Jeśli wierzy w śmierć - to tylko dlatego, że nic innego mu już nie pozostało, to samo-oszustwo jest, do pewnego stopnia, świadome.
Czytając "Recydywistę" przypomniałem sobie fragmenty mojej przeszłości, ten szok, że nie jestem sam, że ktoś też "nie odwrócił wzroku" i rozczarowanie, że donikąd go to nie doprowadziło. Szukałem lekarstwa u chorych - ale o tym już pisałem.
Błędem Vonneguta było założenie, że cierpienie jest złem, ale o tym już pisałem.
Skończyłem.

środa, 23 marca 2011

Hitler kaput?

Jestem zdziwiony - choć nie do końca. Zdziwiony tym, że moja notka o moralności ateistycznej w odniesieniu do III Rzeszy nie wywołała burzy, nawet małej. Rozumiem - że temat jest już trochę przesycony i może męczyć. Rozumiem - notka jest długa i jak się widzi coś takiego to się nie chce czytać całości, bo "nie ma czasu". Sam wiem jak to jest z czasem. Jednak żałuję, że zmarnowały się tak ostre słowa, mimo, że przez ostatnie dni byłem na tyle zmęczony, że mimo, że czuję się bardzo pewnie w środowisku wirtualnym, mógłbym mieć pewne problemy z prowadzeniem rzetelnej dyskusji. Jednak nie było rzetelnej dyskusji - nie było żadnej dyskusji, co jest problemem samo w sobie. Jednak cóż - pozostaje pisać dalej i pamiętać, że co wrzucone tak szybko z neta nie zniknie i może jeszcze zdąży jakichś świrów przyciągnąć.

sobota, 19 marca 2011

Niemoc

Jest taka twórcza niemoc – gdy ma się coś napisać i ma się na to termin. Moim problemem, z zasady – nie jest brak pomysłów. Raczej ich nadmiar – i brak motywacji do poruszenia któregokolwiek z nich. „Może lepiej o cierpieniu?”, „Nie chce mi się, może zamiast tego o moim spojrzeniu na wiarę?” „W sumie... Mam zaległy tekst o Efect'cie”. Problem zwykle rozwiązuje się „sam”, gdy uda mi się zacząć. To znaczy – napisać pierwsze kilka zdań, które mnie samego zaciekawią na tyle, aby chciało mi się je kontynuować. Motywacja – gdy piszę, wystarcza mi sama zabawa słowem, satysfakcja z rozwoju, z rozmowy ze sobą, z poszukiwania wśród myśli. Jednak początek – wybór tematu, walka na argumenty „który lepszy” jest jak bajeczka Fredry - „Osiołkowi w żłobie dano”. To, co teraz piszę – jest moim rozwiązaniem. Opisuję problem – to jeden z lepszych sposób, aby go przezwyciężyć. Zacząłem pisać – teraz tylko będę to kontynuował, w jednym z tematów. Howgh.

czwartek, 17 marca 2011

Second child (#)

Booo.. Tamten drugi blog, to on miał być poważny. Jakieś takie "dojrzałe" formy. Ja jednak, obawiam się, nie lubię poważnych rzeczy. Tak jak ateizm - nie nadają się na sanki. A tak trochę poważniej (?), gdy pisałem tekst o Danie zastanawiałem się, czy powinienem używać PISANIA WIELKIMI LITERAMI, dziwnych potworków gramatycznych, mojego ulubionego... wielokropka. W końcu - tu piszę "warsztatowo". Stwierdziłem jednak, że bez nich - brakuje mi środków wyrazu. I tak, nawet z nimi, ciężko ogarnąć czy żartuję, czy mówię poważnie, czy rzucam sobie anegdotkę, czy podkreślam jakiś bardzo ważny przykład. Więc mam w nosie - niech ginie "tradycjonalizm" na rzecz "komunikatywności". W końcu - ustępstwa na rzecz komunikatywności zdarzają mi się bardzo rzadko, więc jest co świętować. Howgh.

wtorek, 15 marca 2011

Ateizm to ciekawa koncepcja, ale nie nadaje się na sanki

Czasem, jak piszę notkę, to dokładnie wiem o czym będę pisał. Mam "plan", czuję się mocny w jakimś temacie, albo jest to temat na tyle subiektywny, że nie potrzebuję nawet trzymać się logiki - i tak przekażę to, co chcę przekazać. Pisząc notkę "Ateisto - odrzuć hipokryzję" miałem taki "ogólny zarys", który zmieniał się z 5 razy przed pisaniem, a podczas pisania był na tyle niewyraźny, że nigdy do końca nie wiedziałem "co mam napisać". Po zamieszczeniu notki poprosiłem Ewę, żeby ją przeczytała. Nie dlatego, że to "notka dla niej" - po prostu chciałem wiedzieć co napisałem.
Ateizm nie jest moim "konikiem" - ateiści, gdy byłem nihilistą, byli dla mnie takimi samymi nudnymi, agresywnymi hipokrytami jak katolicy. Mój uraz do nich był nawet głębszy - od "wierzących w Boga" nie wymagałem za wiele. Wśród ateistów jednak próbowałem znaleźć ludzi ciekawych - nie rozumiałem wtedy jeszcze, że ateizm jest wiarą, wymagałem poszukiwania prawdy a spotkałem się z "walką z ciemnogrodem". Nuda.
W sumie zaskoczyła mnie dyskusja - przywykłem do ludzi, którzy, jak im coś nie pasuje, udają, że tego nie widzą. Fajnie zmienić takie przyzwyczajenie.

poniedziałek, 14 marca 2011

Too easy

Ta notka powstała zanim poczytałem nowe komentarze na głównym blogu. Gdy powstała później może wyglądała by inaczej. A może nie.


Moje notki są akademicko poprawne. Mają "humor", są trochę podłe, bo ja jestem trochę podły, są niedopracowane, bo nie sprawdzam ich przed publikacją i ponieważ dopiero dopracowuję warsztat. Poruszają rzeczy w miarę uniwersalne, w miarę ważne. Moje notki mnie nudzą. Za mało w nich piekła, za mało w nich Boga.

W sumie, planowo, nie chcę nawracać "łatwych ateistów", ani "łatwych katolików". Ostatnio dziewczyna, w przypływie gniewu wyrzucała mi, że chcę, żeby była taka jak ja. To nie do końca prawda - ja tylko chcę, żeby przeczołgała się przez piekło. Chociaż nie - nawet nie przeczołga się. Ja się czołgałem, to moja sprawa, moja przeszłość. Mnie wystarczy, że przez nie przejdzie, nawet lepiej by było, gdyby w pozycji wyprostowanej, jak turysta, ale turysta pełen nabożnego respektu dla tych, którzy tu polegli, którzy nie mogli już dalej iść. Jak turysta w Aushwitz, ale z pełną świadomością tego, co się tam wydarzyło. To potrzebne, aby doceniać, aby nie mitologizować, to pomaga walczyć ze sobą, to pomaga lubić siebie. Nieważne jednak - marketing w stylu "jak przejdziesz przez piekło będziesz fajny" jest tu nie na miejscu.

Znudziły mi się dyskusje z potencjalnymi argumentami "łatwych" ludzi. W końcu piszę dla "masochistów", a im nie są one potrzebne, chyba że jako ciekawostka.

Gdy zaczynam sobie roić o ładnym domku i spokojne starości do niezawodny znak, że zapominam coś, czego nie chcę zapomnieć. Nie chcę oderwać się od przeszłości, zaczynać od nowa i od nowa popełniać tych samych błędów. Kształtowała mnie moja walka o poznanie prawdy, którą prowadziłem z bólem egzystencji, i ch.. mnie to obchodzi, że brzmi to patetycznie. Brodzenie we mgle, nawet zdychanie w bagnie, jest więcej warte niż łatwe życie, niż puste życie.

Następna notka będzie dla cieżkich nihilistów. Tak jak lubię.